Komunikacja i marketing

Mój rok z kobietami – Justyna Turek

W różnorodności piękno i siła. Tak przynajmniej lubię postrzegać świat i tak lubię doświadczać spotkania z drugim człowiekiem. Tak właśnie było z Justyną. Spotkałyśmy się kilka lat temu przy okazji konferencji Lubelski Wzór i od tamtej pory z ciekawością przyglądam się jej ścieżce, która jest mi niezwykle bliska i która jednocześnie tak pięknie różni się od mojej.

Justyna Turek – Creative Process Pilot w Change Pilots

Portret, Osada Tworców – Placowka Badawcza Cohabitat // Marcinów, Polska
Fotografia: Agnieszka Trzepizur

AWS: Jestem…

JT: W tym momencie, po ostatniej lekturze kilku książek o świadomości i procesach myślowych, powiem szczerze, że jestem czystą kreatywnością. Rozumiem teraz jaką ważną częścią mnie jest mój umysł i sposób, w jaki z niego korzystam. Jestem osobą, która na co dzień korzysta ze swojej kreatywności,  po to aby dawać wsparcie innym. Dlatego większość mojej pracy opiera się na wszelkiego rodzaju współpracy i wytwarzaniu razem rzeczy.  

AWS: Twoja droga to? 

JT: Może zabrzmi to przewrotnie, ale w swojej drodze unikam celu. Bardziej skupiam się na samym procesie i podróży. Oczywiście, mam azymut, który przypomina mi dlaczego dana rzecz jest dla mnie ważna. Powiedziałabym, że moja droga jest oparta na nieustannym doświadczaniu z osobami, z którymi mam przyjemność przebywać lub pracować (współtworzyć). 

Kwiecień w górach, Niskie Tatry // Słowacja
Fotografia: archiwum wlasne

AWS: Co dla ciebie oznacza bycie marka osobistą? 

JT: Bycie marką osobistą to odpowiedzialność. Mam na myśli odpowiedzialność za swoje słowa, odpowiedzialność za to, co i jak komunikuję. Efekty tego co przekazuję dalej mogą mieć realny wpływ na inne osoby np. podczas warsztatów, wykładu bądź prezentacji. Moje czynny niosą ze sobą pewne konsekwencje i to dla mnie jest nieodzowną częścią marki osobistej. 

AWS: A myślisz o sobie jak o marce? 

JT: Tak, ponieważ studiując kiedyś na jednej z Akademii Sztuk Pięknych w Polsce, nauczyciele uczyli nas studentów, jak powinniśmy prezentować swoje dzieła i tym samym – siebie. Nie chcę żeby zabrzmiało to pejoratywnie, ale ten nacisk na tworzenie swojej marki, szczególnie według mnie, odnosi się do ego. Pamiętam, że odczuwałam wtedy skrajne emocje, poszukując swojej tożsamości i broniąc swoich prac/projektów. Dalej twierdzę, że wszystko to co wychodzi spod moich/twoich dłoni to produkty mojego/twojego ego.  

Kilka lat po ukończeniu Akademii, gdzieś w momencie transformacji, wyczyściłam się z ego artystycznego (które wg. mnie cały czas musi się bronić i tłumaczyć swoją wizję) na podejście projektowe, gdzie wszystko jest poparte nauką i badaniami zmian społecznych (i nie ma miejsca na ego). Dopiero w tym momencie poczułam, że tworzę spójną całość swojej marki osobistej. 

AWS: W swojej pracy jesteś odpowiedzialna za proces kreatywny. Co oznacza dla Ciebie w praktyce – być odpowiedzialnym za proces kreatywny? 

JT: Proces kreatywny jest obecny w moim życiu od kilkunastu lat, kiedy to miałam okazję doświadczać go na różne sposoby pracując w placówkach edukacyjnych, centrach designu i kultury w Polsce i za granicą. Kilka lat temu, mieszkając w Nowym Jorku zauważyłam, że tam kreatywność w unikatowy sposób wspiera biznes. Zaciekawiło mnie to i zaczęłam się tym głębiej interesować. Zauważyłam, że proces kreatywny to zupełnie inna ścieżka procesów projektowych i sama w sobie potrzebuje zaprojektowania (czyli odpowiedzialności ze strony prowadzącego). Jako osoba ze sporą dawką kreatywności, widzę elementy, które można w ciekawy i interesujący sposób połączyć. Widzę to w tych miejscach, gdzie biznes nie do końca potrafi zaadresować swoich wyzwań. I to właśnie w tych punkach styku widzę możliwość dialogu między projektantem a biznesem. 

Warsztaty dla festiwalu Creascope // Kijow, Ukraina
Fotografia: Creascope

AWS: Jakie najciekawsze wyzwania spotkałaś do tej pory na swojej ścieżce? 

JT: Każdy projekt to wyzwanie. Przed przystąpieniem do następnego projektu, wcześniej dbam o to, żeby się wyczyścić z różnego rodzaju naleciałości (np. z poprzedniego projektu, z tego co wyniosłam z domu, z tego czego mnie uczyli na Akademii, czy z tego co widziałam podczas podroży itp.) Robię sobie wtedy tak zwany detoks, oczyszczam umysł i przygotowuję się na podróż z nowym projektem. To dla mnie proces powtarzany co kilka miesięcy lub częściej w zależności od projektu. Dla mnie taka higiena umysłu jest najważniejsza, bo ma realny wpływ jakościowy na późniejsze rezultaty. 

Wracając do Twojego pytania – jasne, było kilka takich projektów, gdzie odkryłam w sobie dotychczas nieznane mi cechy, uczyłam się nowych narzędzi bądź mogłam zobaczyć i doświadczyć czegoś po raz pierwszy. Na przykład rozmawiając z członkami zarządu jednego z największych banków, podczas wyprawy na safari (design safari – metoda badawcza – przyp. AWS), gdzie dwie osoby spośród nich były bardzo wysoko postawione, postanowiłam zdecydowanie zmniejszyć dystans dla dobra projektu. Zrobiłam to w specyficzny sposób i czułam, że może to pójść w dwie różne strony. Okazało się, że obrałam dobrą taktykę i umożliwiło nam to przeprowadzenie wartościowej sesji w miłej atmosferze. I to dla mnie było wyzwaniem, które sama sobie wyznaczyłam. Lubię kontakt z naszymi klientami, bo zawsze uczę się czegoś nowego ze swojej reakcji. To taka praca na żywym organizmie, gdzie ważne jest dla mnie to żeby być autentyczną i neutralną. 

Codziennie spotykam się z nowymi wyzwaniami – czy to prywatnymi bądź związanymi z pracą. Są takie projekty, gdzie rzeczywiście muszę się namęczyć, napocić żeby dostać pewne informacje (np. w kontekście badań lub wywiadów). To jest wtedy dla mnie wyzwanie, gdzie projektuję sposób, który pomoże mi dokopać się do pewnych informacji lub elementów. Lubię to, ponieważ po raz kolejny korzystam wtedy ze swojej kreatywności i empatii.  

Spotkanie zespołu Change Pilots w Osadzie Tworców – Placówka Badawcza Cohabitat  // Marcinów, Polska
Fotografia: Agnieszka Trzepizur

AWS: Aktualnie badasz temat rytuałów i alternatywnych sposobów życia. Rozumiem, że jurta, w której mieszkacie od kilku miesięcy jest elementem tego badania.  

JT: Moje badanie alternatywnych sposobów życia i rytuałów zaczęło się tak naprawdę, kiedy zaczęliśmy z Henrykiem kwestionować czym jest stabilność, dom i poczucie „osadzenia” się w miejscu. Czyli około 6 lat temu kiedy oboje często zmienialiśmy adres zamieszkania i nigdy nie mogliśmy klarownie odpowiedzieć na pytanie „to gdzie teraz mieszkasz?”. 

Ponad rok temu, dzięki naszej współpracy z fundacją Cohabitat, dostaliśmy możliwość wsparcia programu edukacyjnego budowania jurty dla uczestników warsztatów podczas festiwalu Lata Twórców. W zamian dostaliśmy prototyp, który właśnie powstał w trakcie tych warsztatów. Od dłuższego czasu interesowaliśmy się alternatywnymi sposobami życia ze względu na nasze częste i długie podróże. Ponad dwa lata temu, wspólnie udało nam się przerobić auto dostawcze na van’a (tzw. campera) i to było dla nas kolejne potwierdzenie, że właśnie w tym kierunku chcemy iść. Obecnie mija już 7 miesięcy i 3 pory roku, podczas których testowaliśmy życie w tym specyficznym okręgu. Zalet jest wiele, bo mieszkamy blisko natury, pod lasem, w Marcinowie z cudownymi ludźmi, gdzie znajduje się placówka badawcza Cohabitatu. Dalej kontynuujemy nasze badanie, bo czujemy, że to będzie się zmieniać tak jak nasze potrzeby w danym momencie naszego życia. Zapraszam jak będziesz w okolicy Marcinowa. 

AWS: Jak będę w pobliżu to na pewno zajrzę.

JT: Nasz dom to ponad 35 m2. Czyli takie dwie wysokości Henryka (przypomnienie Henryk ma prawie 2 metry). Mieszkanie w takiej jurcie sprawia, że wszystko co się dzieje w około ciebie, dzieje się tak naprawdę tylko za cienką warstwą izolacji i bawełny. Zupełnie inaczej odczuwa się wtedy naturę, bo ona oddycha przez twój dom. 

AWS: Poza mieszkaniem w jurcie, na czym jeszcze polegają twoje badania? 

JT: Moje pierwsze poważne badanie zaczęło się od rzeczywistego pomieszkania i korzystania w podróżach z van’a. To nie był już tylko folder z inspiracjami na Pinterescie tylko ciężka praca przy konstrukcji wewnątrz i połączeniami gazowo/elektrycznymi. Wtedy okazało się, że nawet taki van jest już dla mnie takim mikro domem. Zaczęliśmy go testować na różnych wyjazdach.Podobało się nam to, bo okazało się, że nie musimy już szukać hoteli czy pensjonatu w mieście, tylko szukaliśmy parków narodowych, albo rozlewisk gdzieś w okolicy gdzie możemy w spokoju postawić auto i cieszyć się z widoku na ten dzień. Takie wyjazdy dały mi pewność siebie, że dom może być dla mnie wszędzie i to zależy tylko ode mnie. Obecnie naszym Vanem objechaliśmy już większość Polski, Ukrainę, Austrię, Litwę i Niemcy. Obecnie jesteśmy w 3 miesięcznej podróży vanem po Portugalii, Hiszpanii, Francji a nie długo będziemy w Holandii.

Ponad pół roku temu zdecydowaliśmy się z Henrykiem zamieszkać w małej społeczności pod Łodzią – Osada Twórców, placówka badawcza Fundacji Cohabitat. Również jako część naszego badania nad domem i alternatywnymi sposobami życia. Współdzielimy przestrzeń z 4 rodzinami i projektujemy sobie na nowo życie i relacje w naszej społeczności. Każdy ma swoją przestrzeń prywatną, a współdzielimy ogród, saunę i opiekę nad zwierzętami (i czasem dziećmi). Mam takie wrażenie, że to niekończący się romans (alternatywne sposoby życia), bo nieustannie myślę już o kolejnym kroku, o czymś innym, o testowaniu jakiegoś innego sposobu. 

Jurta w okresie zimowym, Osada Tworców – Placówka Badawcza Cohabitat // Marcinów, Polska
Fotografia: Agnieszka Trzepizur

Po 6 latach bycia totalnym nomadem, jestem teraz takim udomowionym nomadem, który musi od czasu do czasu gdzieś pojechać, żeby się wyrwać i wrócić kiedy już się naogląda dziwów tego świata. 

AWS: Masz już teraz swój własny kawałek domu, tak? 

JT: Tak, i to jest w ogóle fenomenalne doświadczenie dla mnie osobiście. Nigdy się tego nie spodziewałam. Moja rodzina już dawno przestała się pytać, gdzie mi wysłać paczkę albo list polecony, bo nigdy nie mogłam im podać tej informacji. Posiadanie własnego domu przyszło do mnie naturalnie i tak… lekko. To jest tak po prostu fajne po tych wszystkich podróżach i wyjazdach, które są rzeczywiście intensywne, wrócić do domu i otwierając drzwi powiedzieć „dobrze, że jestem w domu”. 

AWS: A co z rytuałami? 

JT: Gdzieś pomiędzy pracą zawodową a prywatnymi rozmowami z bliskimi, zaczęłam mapować sobie podobne potrzeby związane właśnie z rytuałami, tak zwanymi lifehackami. Czyli takie zestawy czynności, które my ludzie powtarzamy w określonym celu, żeby poczuć się dobrze, nadać ważności chwili, zorganizować sobie dzień, bądź po prostu odpocząć.  

Takie mapowanie rytuałów utrwaliło mi się, kiedy połączyłam swoje lokalne obserwacje z tymi z podróży. Pierwszą kategorią były rytuały związane z ciałem, gdzie obserwowałam jak w innych kulturach kobiety i mężczyźni przechodzą rytuał oczyszczenia lub przygotowują się do ważnych ceremonii. Pod koniec zeszłego roku, zauważyłam większe spektrum tego tematu i poszerzyłam swoje badania na inne kategorie. 

Na przykład z moich badań zmian społecznych wynika, że większa ilość ludzi chce mieć kontakt z naturą, a co za tym idzie ze sobą samym. Jest to ewidentna tendencja wzrostowa w naszym społeczeństwie. Ludzie są bardziej świadomi i czują się odpowiedzialni za swoje wybory – jak chcą się budzić rano, co jeść na śniadanie, gdzie mieszkać i jakie mieć relacje. I tutaj odpowiednio dobrane rytuały mogą wspierać dane decyzje. Mogą to być weekendowe wypady na wieś, praca w ogrodzie albo co-working w parku. 

Obecnie swoje odkrycia umieszczam w formie artykułów, wykładów i warsztatów. Na pewno będzie to długoletnie badanie, które nie skończy się jedną oczywistą odpowiedzią – co jest dla mnie ciekawym wyzwaniem.

Zdjęcie rodzinne z mniszką buddyjską po Vippasanie w
Dipabhavan Meditation Centre // Ko Samui, Tajlandia
Fotografia: archiwum wlasne

AWS: Ostatnio powiedziałaś, że każdego roku wylogowujesz się na dwa miesiące? I tu nasuwa mi się seria pytań – dlaczego, jak, po co?  

JT: Po to żeby zdobyć dystans do tego co się dzieje w moim życiu obecnie. To tak zwana mikro-emerytura. Moment tylko dla mnie, gdzie mogę sobie zrobić taki rachunek energetyczny i podładować energię na dalsze projekty. Od kilku lat zauważyłam u Siebie pewną tendencję – od stycznia do lipca mam najwięcej energii i przekazuję ją innym (nie tracąc na tym). Od lipca do grudnia mam tendencję zniżkową, gdzie to ja potrzebuję się naładować energią i uczyć od innych – mądrzejszych ode mnie. Trudno mi czasem podjąć dobrą decyzję będąc w tym samym otoczeniu i działając według utartych schematów. Takie czyszczenie umysłu i reperowanie kreatywności, która nie jest niezniszczalna, wymaga ode mnie specjalnie dedykowanego czasu. 

Czasem są to 2 miesiące totalnego odłączenia się od mediów i wyjazd na podróż rowerową po Stanach Zjednoczonych, czasem jest wyjazd do Azji na tygodniową Vipassanę (tydzień w całkowitym milczeniu i medytacji) albo, tak jak teraz, 5 miesięczny wyjazd do Portugali, gdzie się edukuję, prowadzę jeden mały projekt a popołudniami mogę pójść popływać w jeziorze obok. 

AWS: Z jakimi mitami w swoim życiu musiałaś / musisz się zmierzyć? 

JT: Na przestrzeni mojej ścieżki rozwojowej i prywatnej z różnymi np. że jestem z małego miasta, że nie wyglądam jak typowa polka, że jestem za młoda, że jestem kobietą, że jestem z Polski, że nie mówię w danym języku, że mój kolor skóry to biały, że kończyłam uczelnię artystyczną, że jestem weganką (niestety częsta dyskryminacja z tego powodu) i wiele innych. Ostatnio coraz więcej zwracam też uwagę na stereotypy, szczególnie te dotyczące kobiecości i męskości. Zawsze staram się patrzeć z dystansem na to co kobieta/mężczyzna powinni według społeczeństwa polskiego umieć czy robić, a czego nie powinni, komunikując otwarcie że może być inaczej (i często jest!). W końcu prawie wszystkie moje działania są na przekór, typowemu postrzeganiu kobiety w Polsce.  

Największym zaskoczeniem, był dla mnie mit białej Europejki, który po raz pierwszy pouczyłam w swojej podróży w Maroko i w Azji. To są pozostałości po czasach kolonialnych, kiedy to postrzegani byliśmy jako osoby majętne, które mogą wesprzeć każdego na ulicy. Pierwszy raz, kiedy tego doświadczyłam i zdałam sobie z tego sprawę dlaczego tak jest (cała historia kolonii i brutalności) poczułam się bardzo przygnębiona.  

AWS: Co jest dla ciebie najważniejsze w życiu, które wybrałaś? 

JT: Zdecydowanie możliwość zmiany sposobu życia w każdym momencie. To, że mogę zwinąć swój namiot i z dnia na dzień się przeprowadzić – tutaj dosłownie, bo jurtę można spakować i przenieść (do tego właśnie służyły jurty koczownicze z Kazachstanu bądź Mongolii). To, że mogę spakować się w jedną walizkę (w dosłownie 5-7 minut – sprawdzałam to) i bez obawy, że sobie nie poradzę, mogę pojechać w jakiekolwiek miejsce na świecie. Najfajniejsze jest to, że wiem, że się w tym nowym miejscu wcześniej czy później odnajdę. Kiedyś w rozmowie z moją mamą nazwałam to stabilnością.  

W trakcie prowadzenia sesji medytacyjnej i mindfulness dla Holis w Clara // Region Odemira, Portugalia
Fotografia: Krystan Perucz

Jestem dumna, że udało mi się na przestrzeni ostatnich lat, wypracować w sobie takie właśnie reakcje – możliwość i gotowość do zmiany w każdym momencie. Cieszę się, że tak wygląda moje życie i że to te zmiany definiują mój styl życia. To, że jestem w stanie fizycznie, ale także psychicznie przygotować się do jakiejkolwiek zmiany. Oczywiście, nie zawsze tak było. Pamiętam swój lęk przed pierwszą podróżą pociągiem, kiedy sprawdzałam, czy aby na pewno zatrzymuje się na każdej wcześniej wypisanej przeze mnie stacji. Po części do dzisiaj tak mam, ale już z totalnie innej perspektywy patrzę na te przystanki. Do końca życia będę pamiętać pierwszą (nieprzespaną) noc na dziko pod namiotem gdzieś w stanie Oregon. Takich rzeczy się nie zapomina – to one pozwalają nam się rozwijać i podejmować lepsze – bo swoje – decyzje. 

Trekking po parku narodowym Akamas // Cypr
Fotografia: archiwum wlasne

AWS: Co chciałabyś wiedzieć, a nie wiedziałaś, o biznesie, o budowaniu tego biznesu, o budowaniu marki jak zaczynałaś swoja ścieżkę zawodową? 

JT: Przede wszystkim, to żeby siebie tak nie krytykować, żeby dać sobie po prostu możliwość popełniania błędów. To było coś, czym się na początku budowania swojej firmy bardzo mocno stresowałam. Teraz wiem, że czasem trzeba prostu wyluzować, nie stresować i traktować to jak totalną podróż w nieznane. Pamiętam, kiedy pracowałam w mojej pierwszej poważnej pracy jako projektantka w Paryżu – mocno się wtedy stresowałam, ze względu na te wszystkie stereotypy, które wcześniej wymieniłam. Najbardziej pamiętam to, że chciałam być perfekcyjnym w każdym aspekcie. Myślę, że nic by się wtedy nie stało, jeśli coś by mi się nie udało albo bym coś po prostu zepsuła. Żaden klient by nie odszedł, świat by się nie zawalił a ja nadal miałabym pracę. Pokazało by to na pewno, że nie jestem robotem, ale realną osobą. A jeśli jakiś klient by odszedł to widocznie nie byliśmy sobie pisani. Chciałabym to wiedzieć trochę wcześniej, na pewno mniej bym się stresowała, a co za tym idzie mniej francuskich serów i bagietek wtedy jadła. Gdybym miała napisać list do 20 letniej Justyny (spróbuj! pomaga złapać dystans), to na pewno napisałabym, żeby się tak nie stresować, żeby wyluzować i być sobą (autentyczną Justyną) a nie perfekcyjną realizacją. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *