Nasza Barcelona…

Nasza Barcelona…

Mój stosunek do podróży jest jednoznaczny. Uwielbiam je. Zawsze marzyłam  o tym, żeby móc po prostu wziąć plecak i pojechać gdzieś bez półrocznego planowania. Jestem więc szczęśliwym człowiekiem, bo życie stawia przede mną ludzi, którzy mi to umożliwiają.

Weekend w Barcelonie? Czemu nie 🙂

Są różne sposoby i filozofie poznawania świata. My kochamy te najprostsze. Mapa i dwie nogi są najlepszym z możliwych. I właśnie tak poznawaliśmy Barcelonę.

Jedzenie

Zakochać się w Barcelonie można z wielu powodów – jednym z nich jest jedzenie. Wszystko smakuje tam inaczej. Jest bardziej soczyste, bardziej wyraziste, o wiele świeższe i prostsze. Niesamowite wrażenie wywarły na mnie targi z żywnością. Najpierw trafiliśmy do przygotowanego trochę pod turystów. Widoki i smaki nieziemskie.

Uwielbiam poznawać miejsca poprzez jedzenie. Każda nawet najdrobniejsza rzecz będzie smakować różnie w różnych częściach świata. No i oczywiście są rzeczy, których w domu raczej nie spróbujesz…

Jedyną wadą tego miejsca byli sami turyści :)… Na szczęście następnego dnia dotarliśmy również na targ, gdzie zaopatrywali się lokalni mieszkańcy. Tu chwilami miałam wrażenie, że nawet po hiszpańsku ciężko się dogadać, ale jedzenie było rewelacyjne. Moje pierwsze w życiu duszone ośmiorniczki.

Architektura i sztuka

Kolejną rzeczą, która mnie tam urzekła to sztuka, którą widać absolutnie wszędzie. W parkach, na ulicach. No i architektura. Zarówno budynki, jak i rozplanowanie przestrzeni (w tym zieleni) sprawia wrażenie skrupulatnie przemyślanej, pełnej kreatywnego ducha koncepcji konsekwentnie wcielanej w życie od stuleci.

To co stare łączy się z nowoczesnością. Wszystko się tam przeplata, leniwie i bez przymusu.

 

 Życie

No cóż… wydawało mi się, że to Włosi są mistrzami slow life, ale Katalończycy stanowią godnych przeciwników. Pomimo, że Barcelona tętni życiem przez całą dobę to nikt nigdzie się nie spieszy. Pielęgnuje się tu kontakty bezpośrednie – kawka z przyjaciółmi o 9, o 11, o 13 … w sumie o każdej porze miasto pełne jest dyskutujących przy kawie ludzi. I wbrew temu co może wydawać się uczestnikom zorganizowanych wycieczek, nie jest pełne turystów – wystarczy wejść w boczną uliczkę by zobaczyć jak wygląda tu życie.

Nawet transport miejski jest tam rozumiany inaczej niż u nas – jego integralną częścią są rowery.

Miałam wrażenie, że wszystko co robią, robią z fantazją i pasją – nawet witryny sklepowe…

… i chyba jedynym co mnie zaskoczyło nie pozytywnie były same Katalonki, a właściwie ich sposób ubierania się. Idealnie wpisujący się w ten niespieszny, ale intensywny rytm Barcelony. Ma być wygodnie i już. Owszem znanych i drogich marek na ulicach jest sporo, ale pomysu na ich wykorzystanie raczej brak. Tyle, że tam nikt się tym nie przejmuje… i dla odmiany… ma to swój urok.

Następny przystanek – północne Włochy :D…